samedi 20 juin 2015

Absurdy biurokracji.

Właśnie mija 3 dzień jak siedzę z nosem w papierach i nie mam pojęcia, co zrobić. Doszłam już do momentu, w którym muszę zarejestrować moją trupę. To pierwszy z 3 kroków, które muszę wykonać przed rozpoczeciem prób. I powiem Wam szczerze, że im więcej czytam na ten temat, tym mniej rozumiem.

W ubiegły czwartek, zaszyliśmy się z Laurent w kącie baru Canon w 13 dzielnicy, żeby porozmawiać o dalszych krokach mniej lub bardziej administracyjnych, którymi musimy się zająć w najbliższym czasie. 2 godziny, 1 Monako i 1 lampka Monbazillac później, ustaliliśmy prawdopodobny skład trupy, listę teatrów, które najpierw zaatakujemy oraz znaleźliśmy 2 sale na próby. Nie doszliśmy jednak do porozumienia w sprawie rejestracji trupy. 
Jak już wcześniej pisałam: najbezpieczniejszym wyjściem byłoby zarejestrowanie trupy pod statusem organizacji non-profit. Laurent twierdzi, że w tym wypadku nie możemy zarabiać na spektaklu, więc lepiej pomyśleć o spółce z ograniczoną odpowiedzialnością czy innym ekonomicznym tworze, który może nam przynieść zysk, ale jest również dosyć ryzykowny. 

Od 3 dni czytam różne artykuły i dokumenty na ten temat i mam ochotę się popłakać. 
Powiedzmy sobie szczerze: na ekonomii znam się tak jak świnia na gwiazdach, mimo że zawsze miałam dobre oceny z przedmiotów ekonomicznych na studiach. Może dlatego, że za każdym razem kazali nam wyliczyć budżet produkcji, a liczyć akurat umiem.  
Za każdym razem, gdy czytam coś na temat rejestracji organizacji non-profit czy innej spółki, mam wrażenie, że jest to napisane w jakimś dziwnym, obcym języku. W dodatku formalności żeby założyć jakąkolwiek organizację nie są tak minimalne jak się wydaje. O ile wypełnienie wniosku jest jeszcze w miarę proste, o tyle dokumenty, które trzeba do niego dołączyć to jakiś święty Graal i nie mam pojęcia skąd je wziąć. 
Bardzo możliwe, że jednak skończę z jakąś poważniejszą firmą na karku, bo okazało się, że organizacja non-profit może zarabiać na siebie, może starać się o dofinansowania i kredyty (w przypadku trupy teatralnej nie jest to takie latwe), może zatrudniać ludzi, wystawiać umowy i opłacać pracowników, ALE jakikolwiek dochód takiej organizacji nie może być podzielony między pracowników. I gdzie tu jest sens?

mardi 16 juin 2015

Esprit de troupe.

Przez bardzo długi czas, moje wyobrażenie trupy teatralnej opierało się na porównaniu jej do trupy cyrkowej czy do opisów z XVII czy XVIII wieku. Przypuszczam, że Wy także, myśląc o trupie, widzicie grupę ludzi, która jest dla siebie jak rodzina, wszystko robi razem, świetnie się rozumie i  zawsze się wspiera. Kiedy wyjeżdżają razem, to przypomina to kolonie wakacyjne, a jeśli już zostają w mieście to nie mogą rozejść się po spektaklu do domu. 
Tymczasem, teatr to praca jak każda inna. Fakt, że moje relacje z innymi aktorami czy z reżyserem są o wiele bardziej zażyłe niż z kolegami z biura (chociaż i tutaj nie narzekam), jednak hierarchia i podział zadań jest bardzo podobny.

Niedawno doszło jednak do pewnego konfliktu, który wstrząsnął naszą małą rodzinką i nieźle ją podzielił. Siłą rzeczy, wszyscy musieliśmy zastanowić się nad tym, komu podlegamy jako aktorzy i kto ma prawo decydować o być albo nie być któregoś z aktorów. 

Wszysto zaczęło się od niewinnej uwagi Reżysera. 
Podczas jednego z przedstawień, jeden z aktorów wszedł na scenę z kieliszkiem wina. Oczywiście, Reżyser upomniał go po spektaklu zauważając dodatkowo, że aktor, w dalszym ciągu, nie zastosował się do jego rad jeśli chodzi o jeden z dialogów i gra go po swojemu, a nie tak jak Reżyser by sobie tego życzył. Te uwagi tak bardzo rozsierdziły owego aktora, że postanowił odejść z trupy w trybie natychmiastowym zrywając tym samym wszelkie umowy moralne czy finansowe i zostawiając 4 grane już spektakle na lodzie oraz piąty, który był dopiero w przygotowaniu. Oznaczało to, że Reżyser musiał znaleźć kogoś na zastępstwo w 2 dni i że ten ktoś musiał nauczyć się tekstu w 2 dni lub mniej. O ile przy trzech spektaklach aktorzy podzielili sobie role, o tyle La Thébaïde znalazła się w niezłych tarapatach. Wszystko działo się tak szybko, że o całym zamieszaniu dowiedziałam się dopiero w sobotę, kiedy weszłam do garderoby i zobaczyłam jakiegoś kompletnie nieznajomego faceta w stroju Hemona. 

Kilka dni później okazało się, że przyjaciel tamtego aktora postanowił również rzucić wszystkie spektakle, żeby okazać mu swoje wsparcie. Zostawił sobie jedynie rolę w La Thébaïde. Tym razem 3 spektakle znalazły się w bardzo poważnych tarapatach (w jednym facet grał na zmianę z innym aktorem). Reżyser się wściekł i postanowił ukarać aktora poprzez odebranie mu roli w La Thébaïde. Z tarapatów wybręliśmy obronną ręką, ale niesmak pozostał. 

 I tu zaczyna się cyrk.
Reżyser chciał się zemścić na Aktorze (tym drugim; tak go teraz będziemy nazywać) i wyrzucić go z trupy z dnia na dzień. Potrzebował jednak czasu żeby przygotować dwoch innych aktorów, którzy mieli przejąć po nim rolę. Wiadomość rozeszła się błyskawicznie wśród osób, które potępiały zachowanie Aktora. Wśród tych osób byłam i ja, mimo moich dobrych relacji z Aktorem. Kilka miesięcy temu pisałam o tym, że chcę zakończyć współpracę z Nathalie Hamel, ale że nie zakończę jej przed końcem okresu, na który się zaangażowałam. Taki okres wypowiedzenia pozwala na spokojne znalezienie zastępstwa. Aktor zaangażował się, że będzie grał do końca czerwca, więc powinien dotrzymać słowa. Tymczasem zerwał umowę w kwietniu. 

W trupie wrzało, szeptano po kątach, wymieniano informacje. Atmosfera była bardzo nerwowa, tym bardziej, że Aktor dawał nam również popalić swoim zachowaniem w La Thébaïde. Nie wiedział nic o planach Reżysera. W dodatku ten ostatni w ogóle nie pojawiał się w teatrze przez problemy rodzinne. 
Niestety, ściany mają uszy. Ktoś usłyszał rozmowę dwóch osób o planach Reżysera i powtórzył to Aktorowi. Ten wpadł w szał, a razem z nim jedna z aktorek. Wtedy Reżyser skontaktował się z nim, wytłumaczył swoją decyzję i zapowiedział mu, że 6 czerwca gra po raz ostatni. W między czasie owa aktorka dowiedziała się, że jedną z osób, która ma zastąpić Aktora, jest Laurent. Tak, mój Laurent. Owa aktorka była jedną z osób, które chciałam mieć w Nuit Bouffe, jednak po tym jak zobaczyłam smsy jakie wysłała do Laurent i po tym jak on kategorycznie odmówił dalszej współpracy z nią, jestem w kropce. 
Aktor, dalej kierowany dzikim szałem, postanowił zostać w trupie i przekabacić jak największą liczbę osób na swoją stronę żeby te postawiły się Reżyserowi i żeby on mógł dalej grać. Jak już wspomniałam wyżej, miałam dobre relacje z tym Aktorem, dlatego również zostałam zaproszona na kawę i tak dalej... 
Tak jak większość trupy, nie chciałam popierać żadnej strony, mimo iż uważałam, że to Reżyser decyduje o tym, kto ma zostać, a kto wylecieć. Chciałam być jak najbardziej neutralna w tym konflikcie, bo nie mnie on dotyczył. 

6 czerwca, Aktor ogłosił, że dyrektor teatru zadzwonił do niego i powiedział mu, że trupa ma zagłosować za zostawieniem Aktora w trupie lub przeciw. Sprytne kłamstwo bardzo szybko wyszło na jaw - każdy kto choć trochę zna dyrektora, wie, że kontaktuje się on tylko z reżyserami, a nie z aktorami. Ta próba manipulacji nieźle mnie rozzłościła. Wynik jawnego głosowania można było łatwo przewidzieć: garstka głosuje za, większość wstrzymuje się od głosu, Aktor zostaje. Reżyser już wcześniej kontatował się z dyrektorem, który jasno mu powiedział: twoja trupa - twój problem

9 czerwca, Laurent miał zagrać nową rolę po raz pierwszy. Niestety nie mógł, bo Aktor, i jego coraz większe ego, pojawiło się w teatrze i próbowało zmusić nas do głosowania. Odmówiliśmy, wiedząc już, że kłamał. Dlatego postanowił pokłócić się z Laurent, który, tak jak ja, chciał być neutralny w tym konflikcie. Kłótnia skończyła się wyzwiskami rzucanymi w stronę Laurent i kilku innych osób, które popierały Reżysera. 
Wtedy postanowiłam poprzeć jedną ze stron. Zachowanie Aktora było po prostu ordynarne i żałosne. Po facecie, który dobiega 50 oczekujemy trochę więcej dojrzałości. Opowiedziałam się za Reżyserem. Po pierwsze dlatego, że decyzje o tym kto zostaje w trupie, a kto z niej wylatuje podejmuje właśnie reżyser, a nie trupa. To tak jakby pracownicy podejmowali decyzje o zwolnieniu, a nie szef. Po drugie dlatego, że bardzo długo myślałam za kim i dlaczego mogłabym się opowiedzieć jeśli byłoby to konieczne i padło na stronę Reżysera. Pracuję z nim już dosyć długo i nadal chcę z nim pracować. Pracuję również z Laurent, więc chcę go wspierać tak jak on wspiera mnie. Zarówno Reżyser, Laurent, jak i reszta trupy są dla mnie jak rodzina (jakkolwiek to brzmi). Z Aktorem miałam tylko jeden wspólny projekt i nie jest to osoba, z którą sama chciałabym pracować. Po trzecie, tak ordynarne i wulgarne zachowanie jakie Aktor zaprezentował 9 czerwca, po prostu mnie odrzuca. W dodatku osoba, która obraża moich przyjaciół jest moim wrogiem. Następnego dnia rano, kiedy Reżyser zadzwonił do mnie, żeby dowiedzieć się, co się dokładnie stało, powiedziałam mu, że nie chcę w ogóle grać z Aktorem. 

Sprawa rozwiązała się w biurze dyrektora. Aktor odszedł z trupy, a my poczuliśmy ulgę. Teraz na nowo możemy tworzyć trochę dziwną, teatralna rodzinę.

mardi 9 juin 2015

Podróże moich marzeń.

Zawsze lubiłam podróżować. Miałam to szczęście, że rodzina mojej mamy przywiązywała dużą wagę do historii Polski, z kolei rodzina mojego taty uwielbiała poznawać Polskę poprzez zwiedzanie różnych miast i zabytków. Dzięki temu, miałam szansę zwiedzić większość polskich miast już jako dziecko. Dziadkowie opowiadali mi różne historie związane z nowymi, nieznanymi miejscami na długo przed podróżą, co sprawiało, że te nowe miejsca były owiane pewną tajemnicą, która tworzyła w mojej dziecięcej wyobraźni niesamowite obrazy. Kiedy docierałam na miejsce, nigdy nie byłam zawiedziona, bo wiedziałam, że w tych nowych ulicach i za nieznanymi murami kryły się jakieś historie, duchy czy wspomnienia. Nigdy nie zapomnę wrażenia jakie wywarł na mnie zamek w Malborku, w którym podobno mieszka sporo duchów Krzyżaków, a Wielki Mistrz co noc objeżdża zamek na koniu. 
Taki sposób zwiedzania odpowiada mi do tej pory. Mam wrażenie, że te nowe miejsca nabierają innego wymiaru kiedy wiążemy z nimi jakieś historie, dlatego zanim wybiorę się w nową podróż, czytam różne anegdoty lub książki, których akcja rozgrywa się w danym mieście. Chyba nigdy o tym nie pisałam, ale tak właśnie zwiedzałam Londyn, a potem Paryż po przeprowadzce: chodziłam ścieżkami bohaterów Nędzników, Spóźnionych kochanków i Niebieskiego Rowera.  
O wiele mniej interesują mnie podróże tylko w celach wypoczynkowych, dlatego nigdy nie zobaczycie mnie leżącej plackiem na plaży. 

Dzisiaj chcę przedstawić Wam kilka miejsc, o których marzę i planuję je zwiedzić w przyszłości. Większość tych miejsc znam z książek, co oczywiście podkolorowuje moje wyobrażenie o tych miejscach, ale czemu by nie?

Źródło
Malaga, Hiszpania.
Książka: Rubio William Wharton

Nie chodzi mi tutaj o Malagę jako miasto, ale o departament Malaga w Andaluzji. Ta podróż marzy mi się już od 12 lat, czyli odkąd przeczytałam po raz pierwszy Rubio Williama Whartona, ale zawsze ją odkładam na później. Myślę, że w przyszłym roku w końcu uda mi się tam dotrzeć i odnaleźć miasteczko niedaleko Malagi, które Wharton opisywał w swojej książce. Co prawda odnalazłam już podobne miasteczko z fontanną na środku placu, kościołem i białymi domkami, gdzie życie toczy się dosyć leniwie, ale znajduje się ono we Francji na Ile de Re, a nie w Hiszpanii, więc to nie jest to samo.  

Źródło
Kioto, Japonia.
Książka: Wyznania Gejszy Arthur Golden

Nigdy nie byłam fanką kultury azjatyckiej, ale jest jedna rzeczy... zjawisko... które mnie fascynuje: gejsze. Kioto jest podobno kolebką tej sztuki, co w połączeniu z pięknymi widokami daje nam iluzję tradycyjnego japońskiego miasta. Nie chcę zacierać sobie tej iluzji nowoczesnymi budynkami wielkich azjatyckich metropolii. 

Photo: Nico Trinkhaus
Berlin, Niemcy.
Książka: Pożegnanie z Berlinem Christopher Isherwood.

Tak naprawdę, książka Isherwooda nie jest jedynym powodem, dla którego chciałabym zobaczyć Berlin. Oczywiście pójście śladami tego autora bardzo mnie motywuje, jednak jest jeszcze coś, co motywuje mnie bardziej: II Wojna Światowa. Interesuję się tym tematem odkąd pamiętam, dlatego marzy mi się spacer do Kościoła Pamięci czy do Reichstagu. Dodatkowo chętnie zobaczyłabym, gdzie stał mur Berliński i zwiedziła dworzec Zoo (bo czytałam My, dzieci z dworca Zoo). Na razie miałam okazję podziwiać to miasto z okien pociągu oraz przez okna dworca Berlin Hauptbahnhof. Są spore szanse, że się w nim zakocham.

Źródło
Podróż śladami Scarlett O'Hara.
Książka: Przeminęło z wiartem Margaret Mitchell

Może jest to trochę dziwne, ale chciałabym zwiedzić wszystkie miejsca pojawiające się w tej książce. Zaznaczam, że chodzi o książkę, a nie o film. Nie miałabym nic przeciwko, gdyby zaproponowano mi podróż do Atlanty, a stamtąd do Jonesboro. Nie pogardziłabym również wyprawą do Charlestonu czy Savannah, mimo że kontynuacja Przeminęło z wiatrem średnio przypadła mi do gustu. Zdaję sobie sprawę z tego, że spora część miejsc, które znam z książki już nie istnieje, albo nie istniała nigdy. Jestem jednak pewna, że czerpałabym z tej podróży równie wielką przyjemność, jaką czerpałam ze zwiedzania Paryża śladami Nędzników

Źródło
Moskwa i Sankt Petersburg, Rosja.

Tak dla odmiany, przedstawiam Wam miejsca, które chciałabym zwiedzić nie ze względu na książkę. Moskwa marzy mi się odkąd usłyszałam piosenkę Gilberta Becaud Nathalie. Dlaczego? Nie wiem. Coś w tej piosence jest takiego, że sama mam ochotę przejść się po Placu Czerwonym. 
Z kolei Sankt Petersburg to marzenie z dzieciństwa kiedy namiętnie oglądałam bajkę Anastazja. Chciałam być księżniczką, jak prawie każda dziewczynka.



Źródło
Toronto, Kanada.

Z Toronto historia jest taka, że nie ma absolutnie nic, co motywowało by mnie do wyjazdu akurat tam. Nie ma nic oprócz niesamowicie silnej chęci polecenia tam i to już. Nie wiem skąd to się bierze i dlaczego jest tak silne, ale wiem, że gdybym mogła wybrać jeden cel podróży i zrealizować go od jutra, to wybrałabym Toronto. 
Prawdę mówiąc to pluję sobie w brodę, bo miałam już okazję tam pojechać, ale jej nie wykorzystałam. Bardzo chciałam wziąć udział w wymianie studenckiej i prawie złożyłam już kandydaturę na jeden semestr lub cały rok w Toronto. Prawie, bo w rezultacie zrezygnowałam z tego pomysłu po tym jak dostałam kilka nowych ról w teatrze. O wymianie mogę już zapomnieć, ale może jeszcze kiedyś trafi się okazja żebym mogła tam pomieszkać. 

A jakie są Wasze wymarzone cele podróżnicze? I dlaczego akurat te?

dimanche 7 juin 2015

Na początku była piosenka...

Konkretniej J'ai oublié de te dire Marca Lavoine. 
Następnie godziny spędzone nad klawiaturą komputera ze słuchawkami w uszach. 
I tak po dwóch tygodniach, na początku maja 2012 roku, skończyłam pisać pierwszą wersję Nuit Bouffe.
3 lata później, a dokładniej wczoraj, skończyłam prace nad ostateczną wersją mojej sztuki. Teraz trzeba tylko znaleźć teatr, załatwić formalności i zebrać trupę. Myślę, że to dobry moment, by opowiedzieć Wam jak przebiegały prace nad tym wiekopomnym dziełem. 


Dlaczego akurat ta piosenka?
Nie wiem. Słucham bardzo dużo muzyki, a te 3 lata temu bardzo aktywnie prowadziłam bloga, na którym umieszczałam tłumaczenia francuskich piosenek. Klik! Ktoś kiedyś poprosił mnie o przetłumaczenie jednej z piosenek Marca Lavoine, Toi mon amour, więc zainteresowałam się bardziej jego twórzością. Pewnego dnia miałam ochotę go posłuchać i wpadłam na tę piosenkę, a że bardziej zwracam uwagę na słowa piosenki niż na muzykę, to ta piosenka bardzo mnie poruszyła. W mojej głowie od razu zarysowała się główna postać: 30-letni mężczyzna, zniszczony przez życie, który właśnie stracił coś bardzo ważnego. Następnie zaczęłam układać sobie w głowie resztę historii. W ten sposób historia znalazła się w latach 30 ubiegłego wieku, mężczyzna otrzymał imię Lucien i towarzyszkę Rosę (to jedne z najczęściej spotykanych imion w tych czasach). Następnie dopisałam do tego resztę historii: Marguerite, która wynajmuje pokoje wspomnianej dwójce oraz prostytutce, Marii; kabaret, w którym pracuje Lucien, jego szefa, Frederica oraz dziewczynę z kabaretu, Loulou. W końcu przelałam to wszystko na papier. W trakcie pisania słuchałam tylko piosenki Lavoine'a oraz piosenki Je m'en fous z musicalu Cabaret, która znacząco wpłynęła na ostatnie sceny. 


Historia nie jest oryginalna. Pewnego dnia Rosa przyjeżdża do Paryża i chce zrobić karierę. Wynajmuje pokój, poznaje Luciena, który pracuje w kabarecie o wdzięcznej nazwie Nuit Bouffe. Oczywiście, między dwójką głównych bohaterów wytwarza się chemia. Romans jak każdy inny, ale nie to jest głównym powodem, dla którego napisałam tę sztukę. Chciałam przede wszystkim skupić się na psychologii tych dwóch postaci oraz na tym, co ich motywuje do podjęcia takiej a nie innej decyzji. Dodatkowo nie chciałam, żeby moi bohaterowi byli płascy czy żeby podążali tylko w jednym kierunku. Bardzo interesowało mnie również to, jak ludzie zmieniają się pod wpływem innych. Dlatego nie chciałam komplikować historii, ale przez nią pokazać różne motywy, skutki decyzji oraz przemianę dwóch różnych osób. Myślę, że mi się to udało sądząc po reakcjach jakie wywołuje pierwsza lektura u każdego, nowego czytelnika.

Pierwsza wersja Nuit Bouffe nazywała się zupełnie inaczej (Zapomniałem jej powiedziećJ'ai oublié de lui dire) i była po polsku. Kiedy ją pisałam, wiedziałam jednak, że wyjeżdżam i wiedziałam po co wyjeżdżam. Dlatego zdecydowałam się na osadzenie akcji w Paryżu, oraz na francuskie imiona. Pierwsze tłumaczenie było nafaszerowane błędami oraz polonizmami, więc pierwsze korekty (bo było ich kilka) dotyczyły głównie błędów językowych oraz moich kwiatków w tłumaczeniu. Nie powiem, zaciskałam zęby kiedy musiałam kasować lub zmieniać zdania, które były bardzo błyskotliwymi ripostami po polsku, ale niestety w ogóle nie sprawdzały w wersji francuskiej. Francuzi po prostu nie mówią o kimś cicha woda brzegi rwie (Il faut se méfier de l'eau qui dort.) ani komu w drogę temu siekierka w plecy... temu czas. Takie poprawki trwały ponad rok - nie jest łatwo wyłapać wszystko za jednym zamachem. 

Jak wiecie (lub nie), we wrześniu 2013 roku dołączyłam do Compagnie de la Pléiade (trupa, z którą gram w teatrze Nord-Ouest), w której poznałam Laurent Brusset. Dziś, prawie 2 lata później, mogę powiedzieć, że to był jeden z najszczęśliwszych dni w moim życiu. Nie dlatego, że ten dzień uczynił mnie szczęśliwą (byłam super podekscytowana na myśl o mojej pierwszej roli w teatrze), ale dlatego, że los postawił tego człowieka na mojej drodze. Laurent sam dużo pisze, reżyseruje, asystuje, a przy tym jest świetnym aktorem. Kiedy spytałam go czy chciałby przeczytać Nuit Bouffe i powiedzieć mi, co o tym sądzi, nie myślałam, że po prostu zaczniemy razem pracować nad sztuką. Kilka tygodni później spędziliśmy 4 godziny w kawiarni, nanosząc pierwsze poprawki. To znaczy, on mówił, co nie gra, co trzeba wyrzucić, co dopisać, co zmienić, a ja dzielnie notowałam wszystko, co mówił. Te pierwsze poprawki miały na celu wyeliminowanie wszystkich powtórzeń czy opowiadania akcji. Musiałam nadać lepszy rytm sztuce żeby się nie rozlazła.
Okazało się, że naniesienie tych poprawek nie jest wcale takie łatwe. Potrzebowałam prawie 2 miesięcy na wszystkie korekty, napisanie jakiejś sceny od nowa, dodanie czegoś czy  nawet przekręcenie zdania (ach! te polonizmy!). Dlatego, kiedy ustaliłam datę pierwszej publicznej lektury, wpadłam w lekką panikę, bo tekst nie był gotowy, a wakacje za pasem. Obydwoje wyjeżdżaliśmy w tym czasie i wiedzieliśmy, że nie zobaczymy się do września. 

Udało nam się zgrać jakieś 3 tygodnie przed lekturą. Tym razem seans poprawkowy trwał 5 godzin, bo Laurent postanowił podnieść poprzeczkę i zaczęliśmy wchodzić w detale. Innymi słowy: zmienialiśmy wszystko, co nie pasowało: zdania, słowa, sceny, a także charakter postaci. Lektura mocno zweryfikowała tekst, aktorów, których wybrałam oraz to na ile nadaje się na scenę, więc spędziliśmy kojene 5 godzin na poprawkach. W sumie to tylko 3 godziny, bo przez ostatnie 2 oglądaliśmy film Francois Truffaut L'homme qui aimait les femmes i zastanawialiśmy się czy nie dorzucić Rosie choroby maniakalno-depresyjnej. Pomysł bardzo mi się spodobał co oznaczało, że trzeba napisać od nowa wszystkie sceny z Rosą (czyli większość). Zajęło mi to 3 miesiące. Na początku stycznia wysłałam Laurent dwie wersje - poprawioną bez zaburzeń afektywnych dwubiegunowych i z zaburzeniami. Oboje stwierdziliśmy, że zaburzenia to jednak za dużo jak na tę sztukę, w której i tak dzieje się wiele rzeczy. 

Potem nastąpiło 5 miesięcy ciszy, ponieważ Laurent nie miał czasu żeby zagłębić się w tekst. Te 5 miesięcy dało mi sporo do myślenia. Miałam czas, żeby zaplanować różne rzeczy, sprawdzić formalności i przede wszystkim, zastanowić się co i jak chcę zrobić. W tym czasie brałam też udział w warsztatach prowadzonych przez dramaturga Michela Azama. Wyniosłam z nich bardzo wiele i przyda mi się to przy następnych sztukach (o warsztatach napiszę kiedy indziej). Dzięki tej przerwie, kiedy Laurent w końcu odesłał mi Nuit Bouffe z nowymi poprawkami - tym razem już naprawdę kosmetycznymi - mogłam powiedzieć mu o bardzo konkretnych rzeczach. Wiem, gdzie chcę grać, mam salę na próby, która nie zrujnuje mi portfela i wiem z kim chcę grać. Szybko naniosłam te ostatnie poprawki i w końcu dostałam tego wymarzonego maila: Tekst jest gotowy. Nie ma nic do poprawienia. Musimy się spotkać i porozmawiać, co dalej. A potem odpowiedź na moje rozterki. 

A tak pracujemy. Pierwszy komentarz mój, drugi Laurent. 
Czuję ulgę, że w końcu skończyliśmy pracę nad tekstem i że w końcu możemy ruszyć z miejsca. Jednocześnie wiem, że za jakiś czas zatęsknię za tymi godzinami spędzonymi nad poprawkami, a potem będzie brakowało mi godzin spędzonych na próbach. 
Myślę, że stworzyliśmy, razem z Laurent, niezły duet. Dobrze się rozumiemy i zależy nam na tym projekcie. Podczas pracy nad tekstem polegałam na jego doświadczeniu, co bardzo ułatwiło mi pracę i wiele mnie nauczyło. Niedługo on będzie polegał na mojej energii i pomysłowości, ponieważ nie wyobrażam sobie żeby ktoś inny mógł grać główną rolę. Mogłabym wymienić wszystkich innych aktorów (co po części zrobię), ale nie jego.
Jeśli o mnie chodzi, to prawdopodobnie nie przygarnę sobie żadnej roli, mimo że mam na to olbrzymią ochotę. Chcę skupić się na reżyserii, a wiem, że jeśli będę w dwóch miejscach na raz, to nie wyjdzie to tak jakbym chciała. Może, czasami, zastąpię kogoś na scenie, ale na pewno nie obsadzę siebie samej na stałe.

jeudi 4 juin 2015

Wtórny analfabetyzm.

Nie wiem jak Wy, ale mnie krew zalewa kiedy widzę błędy ortograficzne. Mam tak od zawsze, ale przynajmniej wiem, że wkuwanie regułek ortograficznych w podstawówce nie poszło w las. 
Niestety, nie wszyscy uważali na tych lekcjach.

Spędzam dużo czasu czytając różne artykuły, a następnie komentarze pod tymi artyułami, siedząc na Facebooku, przeglądając różne strony internetowe... Innymi słowy: funkcjonuję jak wiele osób w moim wieku. Co jakiś czas - w dodatku mam wrażenie, że zdarza się to bardzo często - atakuje mnie jakiś komentarz, zdjęcie czy wpis, który dokonuje gwałtu ze szczególnym okrucieństwem na moich oczach. 


Zdjęcia pochodzą ze strony Beka z mamuś na forach
Za każdym razem, gdy widzę takie coś, próbuję przekonać samą siebie, że może jednak tak głupi ludzie nie istnieją. Potem moja świadomość przyjmuje do wiadomości, że niestety takie Anitki chodzą po ziemi i pewnie nawet mają maturę (chociaż nie wiem jak tego dokonały). W końcu, wszystko mi opada, mózg wysiada i nic mi się nie chce. 
Jeszcze jakiś czas temu próbowałam zmienić świat na lepszy i grzecznie zwracałam takiej osobie uwagę. W odpowiedzi sypały się zazwyczaj wyzwiska i inne niezbyt przyjemne i oburzone kometarze, że jak ja tak śmię, że to niegrzeczne i tak dalej... i tak dalej...

W dalszym ciągu Beka z mamuś na forach.

I tu nachodziła mnie druga refleksja. Wiadomo, że Polacy nie czytają zbyt wielu książek. Może w tym właśnie tkwi cały problem? Fatalna ortografia, brak kultury wypowiedzi (to może wynosi się z domu...) i wszystko, co się z tym wiąże. Oczywiście, jeśli ktoś nie lubi czytać, to nic go do tego nie zmusi i bardzo współczuję takiej osobie. Musi mieć bardzo ubogie życie i pojęcie o świecie. Nie obwiniałabym za to edukacji, ponieważ pamiętam do tej pory niezliczone dyktanda i regułki, mimo że jestem już z tego pokolenia, które zaczynało interesować się dysortografią, dysleksją i inną dysmózgią. W dodatku te regułki, za moich czasów, były podawane na jak na tacy na 50 różnych sposobów. Nie było możliwości żeby tego nie ogarnąć. Osoby, które robią takie błędy, zazwyczaj są w moim wieku lub nawet starsze. Oznacza to mniej-więcej, że przeszły przez ten sam lub bardziej surowy system nauczania system nauczania - kiedy moja mama chodziła do szkoły, dysleksja i spółka nie istniały.
Nie mówię, że takie zaburzenia jak dysortografia, dysleksja, dysgrafia czy dyskalkulia nie istnieją, bo na pewno dotykały i nadal dotykają jakiś tam procent uczniów. Jednak nie można ich traktować jako przykrywkę dla zwykłego nieuctwa. Ja tę przypadłość odkryłam w gimnazjum i było to spore zaskoczenie dla całej klasy, że jedna osoba na 30 może dłużej pisać sprawdzian. Dla porównania dodam, że w klasie mojej siostry (rocznik 97), 25% uczniów mają papier na jakieś dys i nikt nie widzi w tym problemu.
Wiem, że nie jestem idealna. Im częściej mówię po francusku, tym ciężej używa mi się polskiego. Nie jest to powód do dumy. Martwi mnie jednak, że społeczeństwo polskie (i nie tylko) idiocieje i traci zdolność poprawnego pisania, czyli jest na dobrej drodze do wtórnego analfabetyzmu.

mercredi 3 juin 2015

Absurdy Francji 3.

Skończył mi się mój cudowny angielski odpowiednik Fervexa, który stawiał mnie na nogi w ciągu jednej nocy, więc jakieś przeziębienie postanowiło się przypałętać.
Udałam się do apteki żeby kupić coś przeciwgorączkowego i przeciwbólowego. Problem polegał na tym, że do tej pory miałam okazję leczyć się antybiotykami, Dolipranem (lek na wszystko) i pastylkami na gardło (ale te ostatnie mam zawsze w zapasie).
Wchodząc do apteki miałam nadzieję wyjść z jednym produktem.

- Dzień dobry. Potrzebuję czegoś na przeziębienie. (czytaj: Daj mi Pan jakiś Gripex.)
- A jakie ma Pani objawy?
- Stan podgorączkowy, ból gardła i zatkany nos.

Farmaceuta poszedł na chwilę w głąb apteki, po czym wrócił z kilkoma opakowaniami.

- Tu ma Pani tabletki na gardło, kropelki na katar, tabletki na gorączkę, Dolipran, ale niech go Pani nie bierze jednocześnie z tym drugim, witaminy...

Podziękowałam Panu, który próbował wcisnąć mi więcej leków niż mój własny lekarz kiedy jestem naprawdę chora, i wzięłam tylko Humex na gorączkę (taki Gripex) i Dolipran jakby Humex nie działał.
Następnym razem nie ruszę się do apteki bez recepty.




--------------------------------------
Od kilku dni komentarze możecie dodawać za pomocą Disqusa.